niedziela, 9 października 2016

Ku pokrzepieniu serc, czyli moja historia trądziku

Byłam dość ciężkim przypadkiem z trądzikiem "młodzieńczym". Taaaa.... młodzieńczym tylko z nazwy, bo byłam w wieku, kiedy inni już dawno o pryszczach zapomnieli. Imało się to mnie tak uparcie, że w pewnym momencie, biorąc się za kolejne kuracje, już nawet nie wierzyłam, że przyniesie to skutek, a przynajmniej, że efekt  będzie trwały.

UWAGA Zdjęcia zamieszczone w poście mogą nie spełniać standardów estetycznych osób je oglądających :P

Jak to wyglądało u mnie?

Zaczęło się za górami za lasami, czyli w podstawówce. Na początku drobna kaszka na czole, z czasem jakiś wyprysk w strefie T, ale dało się sytuację jakoś okiełznać łatwo dostępnymi mazidłami. W gimnazjum już gorzej. Muszę nadmienić, że zawsze pogorszenie stanu cery i nowy wysyp następował po wakacjach. Tak, popełniałam ten błąd. Wystawiałam buzię na słońce całe wakacje, co mi zasuszało zmiany. Później oczywiście podsuszona skóra produkowała jeszcze więcej sebum, bo dostawała sygnał "jest za sucho" no i następował bum. A więc w gimnazjum zaliczyłam już pierwsze wizyty u dermatologa (a może to była jeszcze podstawówka?). Leczono mnie antybiotykami na skórę i różnymi roztworami z siarką (co śmierdziało jak jasny gwint), pastami z cynkiem, ichtiolem. Niestety poprawa była krótkotrwała i niecałościowa. Dostałam antybiotyki doustne- z grupy tetracyklin. Poprawa była w czasie zażywania, potem następował nawrót. Spróbowałam nawet terapii hormonalnej Diane. Tutaj efekty były naprawdę fajne. Niestety, tuż po odstawieniu wszystko wracało. 

Trądzikowe przykrości

A właściwie nie tyle spowodowane przez trądzik, co przez lekkomyślnych ludzi. Bo nie chcę tu od razu posądzać o brak empatii. Zawsze miałam w tej kwestii dość dużą wiarę w człowieka. Wiara wręcz bajkowa, ale byłam młoda, teraz już trochę inaczej postrzegam tę kwestię. Sądziłam, że inni, tak jak ja, moją dużą dozę zrozumienia, sympatii, nawet współczucia dla pozostałych. Trochę do myślenia dała mi jednak pewna sytuacja w Rossmannie. Nie pamiętam już jakie robiłam tam zakupy :P, ale gdy stanęłam w kolejce spotkała mnie spora przykrość. Przede mną stała para. Chłopak się wiercił i rozglądał na wszystkie strony. W pewnym momencie słyszę "Ale ta dziewczyna ma krosty"... Jego towarzyszka coś tam go ofuknęła, a on dalej " No co, przecież prawdę mówię". Se myślę: no super, nie dość że uwaga niegrzeczna, to jeszcze gada o mnie jak o jakimś eksponacie, nie wiadomo czy do mnie czy koło mnie, a stoję tuż za nim... Ameryki chłop nie odkrył- dobrze wiedziałam jak wyglądam, po co więc było mi to jeszcze przypominać? Dziś nie przemilczałabym tego, tak jak tamtego dnia, ale wtedy mnie po prostu sparaliżowało i co tu dużo mówić- dotknęło. Ale nie, nie płakałam w poduszę. Powiedziałam sobie, że nie będę płakać z powodu palantowatego zachowania. Tamtego dnia moja tolerancja zaczęła maleć. Przynajmniej na głupotę.

Podpowiedziano mi leczenie pochodną witaminy A, czyli izotretynoiną. Lecz miałam co do tego wiele "ale". Efektów ubocznych miało wystąpić multum, poza tym terapia dość młoda, więc oddziaływania na organizm w dalszej perspektywie na pewno jeszcze do końca nie są znane. Mój mózg od razu mi podsunął analogię z eternitem. Niby taki cud budowlany, a potem okazało się jaki ma straszny wpływ na zdrowie. Porównanie zabójcze, wiem ;). Ale chyba obrazuje o co mi chodzi. Zatem broniłam się ile mogłam przed tą kuracją. Jednakże kiedy człowiek spogląda w lusterko z niechęcią przez dłuższy czas (kilka ładnych lat), zdając sobie sprawę jakie wrażenia estetyczne robi na otoczeniu (i nie chodzi tu o robienie tragedii z jednego pryszcza na nosie, czy wmawianiu sobie, że "moja gęba jest brzydka z natury"), to ima się wszystkiego. "Nałożyłabym nawet kupę na twarz, gdyby to pomogło"- to było zdanie, które wypowiadałam bardzo często. I w myślach i na głos i szeptem. Jej, ja czułam wręcz jeszcze większy ból FIZYCZNY, gdy patrzyłam na stany zapalne na mojej buzi. Bo tak, one bolały. Więc cały czas pamiętałam o trądziku, nawet bez lusterka. Gdy podpisywałam deklarację u lekarza, że zostałam poinformowana o zagrożeniu dla płodu i innych skutkach ubocznych i słuchałam lekarza jaki to duży procent żegna się po tej kuracji z trądzikiem, myślałam sobie: jak nic będę w tej nieszczęśliwej mniejszości. No bo czemu to miałoby mi pomóc, skoro wszystko inne zawiodło? 

Przebieg leczenia izotretynoiną

Początek kuracji przypadł jakoś na początku studiów i trwał 9 miesięcy. Tutaj stan mojej cery na wstępie. Zdjęcia niezbyt dobrej jakości, ale innych nie mam.





 I po pewnym czasie (chyba po około miesiącu).





Łatwo nie było, bo na początku leczenia występuje jeszcze większy wysyp zmian skórnych. O zgrozo. Skóra na całym ciele to wiórek. Pęka. Bolała mnie kość ogonowa- na szczęście po jakichś dwóch tygodniach przestała. Bóle kostne i stawowe to norma. Trudno się też czasem skoncentrować. Pamiętam jak bałam się, że mój mózg też wyschnie na wiórek :P Nie wolno zajść w ciążę- ale tym się akurat nie musiałam martwić. Wiecie "trądzik- forever alone", przynajmniej tak sobie wmawiałam. 

Dzisiaj

Dziś mija już szósty rok po zakończeniu kuracji i póki co jestem zadowolona. Tak teraz wygląda moja buzia. Blizny jeszcze ze mną współistnieją, ale czymże one są w porównaniu do tego co było ;)


Oczywiście, nie jest to żadna reklama izotretynoiny i nikogo nie zachęcam. To musi być dobrze przemyślana decyzja, podjęta, gdy wszystko inne zawiodło i w pełni świadoma wszelkich następstw. Ale tak, ten lek faktycznie mi pomógł.
Mam nadzieję, że pocieszyłam choć trochę  trądzikowo zdołowanych.

8 komentarzy:

  1. Jestem już 6 miesięcy na tym leku i kolejne 2 miesiące przede mną. Doskonale wiem o czym mówisz! Kompleksy, niekomfortowe samopoczucie przy rozmowie z ludźmi itd... jest również cała litania "ale" do skutków ubocznych leków, ale warto ;D

    Pozdrawiam ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Współczuję Ci i jednocześnie doskonale Cię rozumiem. Mi na szczęście zelżało po okresie dojrzewania, ale dalej czasem jakiś pojedynczy gad wyskoczy, najczęściej przed okresem. No i blizny i przebarwienia zostały, ale się nimi nie przejmuję :) Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  3. Dzięki Bogu u mnie w rodzinie nie było od pokoleń trądziku, jakieś małe wypryski na twarzy tak ale nie większe problemy z cerą. Jednak teraz są już takie leki które pozwalają na całkowite wyleczenie :)
    http://www.aleksandramakota.pl/

    OdpowiedzUsuń
  4. Cieszę się, że ja nie mam takich problemów, jedynie właśnie przed okresem coś wyskoczy. Współczuję osobom, które muszą się z tym zmagać na co dzień

    ______________________
    http://bit.ly/2dA7mXT

    OdpowiedzUsuń
  5. Też przez to przechodziłam. Kupę lat się męczyłam, i z perspektywy czasu widzę jak wiele przez tą nierówną walkę straciłam, bo problemy skórne nie są problemami błahymi, odciskają się mocno na psychice i czasami sieją spustoszenie w naszych głowach.

    OdpowiedzUsuń
  6. Jeżeli tak prezentuje się końcowy efekt i utrzymuje się on już sześć lat od zakończenia leczenia, to... Wow, naprawdę niesamowita metamorfoza! A poza tym bardzo podnosząca mnie na duchu - zostało mi jeszcze dwa i pół miesiąca do końca kuracji :D

    OdpowiedzUsuń
  7. Efekt końcowy naprawdę fantastyczny. Różnica jest naprawdę ogromna, znikło wszystko, zupełnie inna cera. Na szczęście nie miałem, aż takich problemów, ale trochę się męczyłem w okresie dojrzewania. A co do sytuacji w Rossmannie. Niestety zdarzają się prostacy, bez kultury

    OdpowiedzUsuń
  8. Świetne efekty, ja stosowałam Aknederm i Skinoren, nie pamiętam który z nich, ale jeden był zdecydowanie za mocny.

    OdpowiedzUsuń

Zostaw swój komentarz :)